Notatki znad Niemna


Reklama:



Inne linki:



Partnerze:

KRESY
Kategorie: Wszystkie | Grodno
RSS
niedziela, 08 maja 2005
Jak czytać Elizę
Wszyscy powinniśmy czytać Orzeszkową. Bo też wszystko u niej jest opisane. Jak uczyć i wychowywać dzieci, jak pomagać sobie nawzajem, jak się cieszyć tym, co się ma, a nawet - jak zawalczyć o coś wiecej. Ale przyznajmy się: wszyscy mamy czasem trudności z lekturą Elizy. I to nie dlatego, że tematy nie są już aktualne lub, że nie super kobieta z niej. Lecz dlatego, iż ? jak wiemy ze szkoły - pozytywizm, to przede wszystkim realizm.

A ta stara Litwa - owe ziemie zabrane, na których mieszkała w XIX stuleciu pisarka demokratka - to raczej region rolniczy. Fascynuje się ona zatem całymi stronicami świetnością przyrody nadniemieńskiej. Może się to oczywiscie komuś podobać, ale większość młodych Polaków - i to nie tylko na Białorusi - nienawidzą Elizę właśnie za te niekończące się opisy kwiatków polnych. I nieraz z tego tylko powodu nie chcą przeczytać żadnej jej powieści, ani nawet noweli. Co się zaś tyczy listów wybranych pisarki, w których takich opisów już brak, czytelnicy - zniechęceni literaturą piękną - po prostu po nie już nie sięgają. Tu, na Białorusi, jest chociaż taki plus, że można się wybrać do Bohatyrowicz, poszukać grobu Jana i Cecylii. Tu, nad Niemnem, można rozpalić ognisko, lub tratwą spłynąć do morza... Za takie radości letnie można Elizie wybaczyć nawet te "kwiatki polne". Pozostaje jednak pytanie - jak ją czytać?

Niedawno bardzo cenną radę usłyszałem z ust polonistki. - Spróbuj - mówiła. - Czytać, omijając wszystkie te opisy. Śledź po prostu inne wątki.

Spróbowałem. I od tamtej pory już nie zasypiam "Nad Niemnem".
sobota, 07 maja 2005
Brygitki Grodzieńskie
Nigdyś ulica Karla Marksa się nazywała ulicą Brygidzką.

Dzwonicę klasztoru rozebrano. Kościół jeszcze stoi. Na nim śliczne aniołki i również niezłe dziabełki.

A obok przejeżdżają chuczne trolleybusy.

























piątek, 06 maja 2005
Kresy
Dawno umarły. Nie ma ich. Pozostał tylko mit.

To jest tak ja z agro-turystyką - w momencie, kiedy sie zaczyna ja uprawiać, wsi już nie ma. Kiedy ludzie stali jeździc na Litwę i na Ukraine, tam już nowe oblicza kapitalizmu zmieniły starówki na deptaki dla tych co posiadają pieniądz.

Tu, na Białoruś nie stali wogóle jeździć.
czwartek, 05 maja 2005
Kluski Pańskie
Świetnie gotuje moja gospodyni Białorusinka. Zresztą najeść się, to święty obowiązek każdego mężczyzny w tym domu. Nie mogę więc narzekać, wręcz przeciwnie - dawno tak dobrze się nie odżywiałem. Pewnego dnia postanowiłem jednak spróbować czegoś zupełnie nowego. W zamrażalniku sklepu państwowego przy ulicy Sowieckiej zobaczyłem kolorowe opakowania "Klusek Pańskich". Uśmiechały się do mnie. Nie wiedziałem, co to za kluski, ale wyglądały na coś autentycznego, fajnego, tutejszego. Wyprodukowane były w Nowogródku - kupiłem więc trzy różne opakowania.

Gospodyni, jak zobaczyła mnie z tymi kluskami popadła w szał. - Po co te kluski przyniosłeś! - krzyczała. - Rozgotują się straszliwie! A poza tym, sami możemy je zlepić. Tylko czasu potrzeba, aby ziemniaki obrać, ugotować i przetrzeć. Szkoda, że czasu zawsze brak.

Ale nic - dała się w końcu namówić, by spróbować jedno opakowanie. No i - normalnie się gotowały kluski. Takie większe kluski z kartofli i mąki zaprawione śmietaną są przecież całkiem smaczne. Choć sądzę, że lepiej je jeść w połączeniu z czymś z mięsa. Gdy te moje "Kluski Pańskie" były już gotowe - stwierdziłem, że tak ogromnej porcji nie zjem. Więc się podzieliłem. Kilka klusek zjadł syn gospodyni. Ona sama zjadła jedną sztukę...

Po chwili poczułem się dziwnie. Położyłem się na chwilę. I gdy tak leżałem - przyszło mi do głowy, iż należałoby wypić trochę wódki, aby żołądek wrócił do normy. Syn gospodyni pomyślał o tym jednak o wiele wcześniej. "Głupi ten cudzoziemiec" - rozumował pewnie. Bowiem wódkę wypił, a ostatki rozcieńczył wodą. Ulgi więc nie doznałem. No to z powrotem do łóżka, poleżeć.

Gospodyni tabletki węgla przyniosła, herbatę ziołową zaparzyła. Nic nie pomogło. Noc spędziłem nad muszlą klozetową i przy tej okazji nauczyłem się nowego zwrotu białoruskiego "mnie rwało". Gdyby jednak na mnie się skończyło - miałbym po prostu dobrą nauczkę: nie kupuj "Klusek Pańskich" w sklepie państwowym. A jednak syn gospodyni w ślad za mną też poleciał do ubikacji. Rano, kiedy już przyszedłem do siebie, odwieźliśmy go do szpitala. Bał się biedactwo, że koniec z nim - tak skurcze żołądkowe go chwytały. Najgorsze jednak było to, że również gospodyni po powrocie z pracy zrobiło się bardzo źle. Choć zjadła tylko jedną sztukę. A przecież niczego poza kluskami wspólnie w tym dniu nie jedliśmy. Przez dwa dni chodziła schorowana.

Na szczęście - wszyscy w końcu ocaleliśmy. Dwa pozostałe opakowania klusek wyrzuciłem osobiście. Dobrze, że wielki Mickiewicz nie wie, jakie "Kluski Pańskie" produkuje się obecnie w jego rodzimym mieście. Bo by się w grobie przewrócił. Od skurczy...