Notatki znad Niemna


Reklama:



Inne linki:



Partnerze:

KRESY
Kategorie: Wszystkie | Grodno
RSS
niedziela, 12 czerwca 2005
Nareszcie
Dobrze, że zima odeszła już na dobre. Niedawno bowiem zrozumiałem określenie: "oszczędzać po białorusku". Było jeszcze zimno, a wiosna nie śpieszyła się, by rozgrzać dusze obywateli. Mimo iż plan przewidywał odłączenie centralnego ogrzewania już dawno temu, wszyscy siedzieli w zimnych mieszkaniach, wychodzili na zimne podwórka, aby spędzić dzień pracy w jeszcze zimniejszych pomieszczeniach. Zabawa ta ciągnęła się cały miesiąc. Ciekaw jestem, czy koszty leczenia wszystkich przeziębionych i chorych na zapalenie płuc nie przekraczały znacznie koszt ponownego uruchomienia ciepłowni miejskiej. Nic to, większość Białorusinów przetrwała, to i ja się nie poddałem.

Niezależnie od pory roku prąd oszczędza się z kolei w stołówce obwodowego Ispolkomu. Najwyraźniej nie włączają tam już w ogóle światła. Sprawia to dziwne wrażenie na cudzoziemcu, który chcę poznać codzienność Republiki Białoruskiej. Całe rzesze pracowników administracji państwowej, prywatnych firm, a czasem też Związku Polaków siedzą w półciemnej sali niczym w katakumbach. W każdym razie przy takim oświetleniu rozmowy o jasnej przyszłości kraju się nie kleją. Kolorowa tablica reklamowa, głosząca, że w tym miejscu można również urządzić imprezę okolicznościową, nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Może lepiej na znak reklamy włączyć światło? Przecież sala wcale nie wygląda ubogo.

No i na koniec jeszcze jeden zimowy sposób na oszczędzanie energii. Ostatnio w oddziale krajoznawczym biblioteki obwodowej na Nowym Zamku, gdzie średnia temperatura sięgała wtedy 14 stopni, pracowniczka zapytała mnie agresywnym tonem: co pan tu robi? Odparłem grzecznie: zajmuję się historią pani miasta. Siedziałem tu nie pierwszy dzień, a więc byłem trochę zdziwiony. A co to jest? ? zapytała, ze wstrętem wskazując na mojego laptopa. To jest komputer, opracowuję informacje, ktore ściągnąłem z państwa zbiorów. Spojrzała na mnie wrogo i powiedziała: nie wolno. Pytam więc, czego nie wolno. ? U nas nie wolno korzystać z prądu biblioteki, proszę się natychmiast rozłączyć. Moje zdziwienie było tym większe, korzystałem bowiem już w innych miejscach z prądu, a w bibliotece wydawało mi się to oczywiste. Ona zaś, nie rozumiejąc mego zdziwienia, zaczęła krzyczeć: zakrugliajtes! Co po polsku mniej więcej znaczy: zmywaj się, ale już!

Ale to było wczoraj. Dziś zaś świeci już letnie słońce i wszyscy obywateli Białorusi, jak i zagraniczni goście, mogą się rozgrzać naturalnym sposobem.
sobota, 04 czerwca 2005
Socreal deluxe
























piątek, 03 czerwca 2005
Nomen et omen?
Nie da się nie dostrzec, że Związek Polaków mieści się na skrzyżowaniu ulic 17 września i Dzierżyńskiego. Ta pikantna konstelacja bardzo dokładnie określa wytyczne, z jakimi Polacy w tej części Białorusi od sześćdziesięciu lat mają do czynienia. Można to oczywiście odebrać jako złośliwość i się obrażać, ale można też spokojnie przyjąć do wiadomości, że taki właśnie los Polakom się przytrafił.

Nie chcę w tym miejscu proponować imion, na które można by zmienić nazwy grodzieńskich ulic - listę z prośbą o przemianowanie jednej z nich na cześć Jana Pawła II zresztą już podpisałem. A polityką przecież zajmować się tu nie będziemy...

Niemniej, pragnę się podzielić jedną osobistą obserwacją. Z powodu działalności Feliksa Edmundowicza na rzecz państwa radzieckiego Polacy niemalże powszechnie zaczęli ignorować jego imię. Był to na pewno cichy protest, wyraz wstydu za to, że znalazł się Rodak, który nie wykazał się patriotyzmem w sensie narodowym. Problem byłby na pewno o wiele mniejszy, gdyby obrzucić Dzierżyńskiego błotem i stwierdzić, że to na pewno Żyd. Prawdą jest jednak, że pochodził z polskiej szlachty i to z terenów dzisiejszej Białorusi. Skoro więc taki Feliks żelazną ręką tyle wstydu i bólu narobił, to wyrzekajmy się go - nie nazywajmy już naszych dzieci szczęśliwymi (bo takie jest znaczenie imienia Feliks). Tak zapewne całe pokolenia Polaków rozumowały w niedawnej jeszcze przeszłości.

Moi rodzice, mieszkając w Berlinie Wschodnim, nie skojarzyli chyba imienia Feliks z czekistą. Mam zatem taką frajdę, że jestem szczęśliwy od urodzenia i mogę sobie pozwolić na chodzenie po świecie bez zegarka, bo szczęśliwemu dzwon nie bije. A poza tym - mało jest Feliksów wśród moich rówieśników. Plus to niebagatelny jeśli przypomnieć o biednych Aleksandrach, Jankach, Pawłach, Maciejach i Markach. Na przyszłość polecam więc traktować moje imię na korzyść społeczności polskiej. Nie będziemy przecież oddawać go bez walki komunistom i ich następcom idejowym. A jeśli dzieci w szkole zaczną krzyczeć: "Żelazny, Żelazny" - to zawsze się ma co najmniej jedną opcję na odpowiedź: "Słuchajcie, to ja jestem Feliks nieżelazny"

Tekst pochodzi z Głosu znad Niemna, który się na Białorusi już nie może ukazać. Online
Nie rzucim ziemi
...oto miejsce w którym mniejszość polska na Białorusi czeka na ukrzyżowanie.

Duchy Konopnickiej, Orzeszkowej i Mickiewicza czuwają razem z babciami które siedzą przy wejściu i mówią: myśmy przeżyli Stalina, Syberię i kolektywizację, my już nieczego się nie boimy.

























środa, 01 czerwca 2005
Rozpacz nad Niemnem
Co Polaków na Białorusi łączy z rodakami Trzeciej Rzeczypospolitej

Tekst powstał po VI. Zjeździe Związku Polaków na Białorusi w kwietniu 2005 roku. Źadna polska gazeta nie chciała go publikować - dlatego że jestem Niemcem.

Działacze polonijni, dyplomaci i dziennikarze dbający o sprawy Polaków na byłych byłych północno-zachodnich terenach Drugiej Rzeczpospolitej kiwali tylko głowami. Jak kolportować przebieg tegorocznego zjazdu Związku Polaków na Białorusi, który się odbył 12. / 13. marca w Grodnie, skoro był on rozpaczliwym świadectwem stanu organizacyjnego owej społeczności? Dał on do myślenia nawet najbardziej zaangażowanym osobom: po co wspierać taką tragedię? I tu bardzo łatwo zrzucić całą winę na rolę władz białoruskich, która ponoć manipuluje sprawami Związku. Obserwując polską scenę polityczną oraz Polaków na Białorusi z pewnym dystansem, można jednak dostrzec więcej wspólnych cech niż, by się wydawało.

Najbardziej widoczny na tegorocznym zjeździe był niski poziom kultury, czy raczej jej brak w rozumieniu tradycyjnie nastawionych Polaków. Nie szanowano siebie nawzajem, wyzywano od najgorszych, obrzucano błotem. Wiadomo, że proces oswajania norm demokratycznych zaczął się po dekadach wpływów radzieckich na gruncie bardzo ciężkiego dziedzictwa. Ale minęło już 15 lat i wciąż nie wypracowane i nie dostrzeżone są procedury, które pozwoliłyby na rzeczowe przeprowadzenie obrad lub dyskusji. Ale nie jest to specyficzna jakość Polaków na Białorusi, lecz bardzo napomina dyskurs polityczny prowadzony w Warszawie - jego główną cechą jest bowiem walka poniżej wszelkich pasów. Poza tym tak samo jak w stolicy Trzeciej Rzeczpospolitej tak i w miejscu, gdzie odbył się trzeci Sejm Pierwszej Rzeczypospolitej można obserwować zamiast troski o zachowanie pewnych zasad etycznych walkę o własne pozycje, stanowiska, stołki i krzesła. Najwyraźniejszym zjawiskiem są tu spory personalne zamiast merytorycznych. W Grodnie bowiem nie rozmawiano o przyszłości Polaków na Białorusi, lecz tylko kłócono się w sposób haniebny o władzę walczących ze sobą ugrupowań. Bardzo napominało to aktualną sytuację w Sejmie. Podczas dwudniowego zjazdu nie omówiono ani jednego z bieżących problemów, do których należą: zanikanie języka polskiego w szkołach białoruskich, jak i w rodzinach polskich; zmniejszająca się ilość dzieci uczących się w dwóch szkołach polskich oraz kłopoty przy budowie następnych szkół; trudności utrzymywania rozległej struktury rozrzuconych po całym kraju domów i oddziałów polskich, stan prawny tych domów, rosnąca presja podatków i opłat komunalnych. Zamiast przedstawić spójne strategie lub wizje jak sobie radzić w tak trudnych czasach, rzucano hasłami, prowokacjami, tanimi gestami. Tak jak w Warszawie tak i w Grodnie moda na teorie spiskowe doprowadza do najabsurdalniejszych sytuacji: a więc - ponoć jeden działacz został wyktszałcony przez KGB, inny rzekomo pracuje dla KGB a trzeci na pewno przez KGB został zatrzymany. Istotny tu i tam jest powrót niezałatwionych rozrachunków z komunistycznych czasów, wzajemne osądzenie za wpółpracę z władzami, zamiast prowadzenie publicznego dialogu o powikłaniach wszystkich obywateli oraz wyciąganie moralnych wniosków z przeszłości w czasach nieco odmiennych. Może to tylko przypadek, ale tu i tam włączono prokuraturę do spraw politycznych.

Wynik na Białorusi jest taki sam jak i w Polsce. Stare dobre hasła, czy to z czasów powstańczych, z okresu wojen czy stanu wojennego tanieją, są rzucane na marne, nie łączą już całego narodu. W Grodnie najbardziej przyzwoici delegaci, a były to głównie kobiety, dali wyraz swojemu wstydowi i prosili, by pamiętać o narodowych więziach. Ale już chwilę póżniej okazało się, że Bóg Honor i Ojczyzna nie są już lekarstwem na wszelkie bóle narodu polskiego. I dalej obrzucano się błotem. W Grodnie bardziej jeszcze niż w Polsce, gdzie prócz polityki są inne bardziej rozwinięte obszary kultury, widoczny jest brak autorytetów. Nie było w prezydium zjazdu ani jednego człowieka, który by potrafił wysłuchać współrozmówcy, ale też przerwać, kiedy trzeba. Nie ma dziś wśród białoruskich Polaków ani jednej osoby, która by była obdarzona zaufaniem wszystkich rodaków. Konsekwencją tego był właśnie przebieg zjazdu - taki, który daje do pomyślenia zarówno fundatorom pomocy Polakom na Wschodzie jak i przedstawicielom RP. I to nawet w sytuacji, kiedy władze w Związku Polaków się zmieniły i jest nadzieja na zmiany.

Za trudnościami z zachowaniem pewnych form kryją się strukturalne problemy, które z kolei nie są także obce obywatelom Trzeciej Rzeczpospolitej (i które nie ominą również żadnej Czwartej Rzeczpospolitej). Są one związane z gwałtownymi zmianami społecznymi, ekonomicznymi oraz kulturalnymi, które powszechnie nazywano globalizacją. A taka dotyczy nawet Białorusi, choć ma tam ona bardziej rosyjskie niż amerykańskie oblicze, inaczej niż to się dzieje w Polsce. Można dostrzec kilka problemów, które dotyczą Polski w równym stopniu, co Polaków na Białorusi. Mamy do czynienia z coraz większą przepaścią między tymi, którzy siedzą w centrum, a tymi którzy siedzą w tak zwanym terenie (sama ta formuła ?teren? już nosi owy problem w sobie i jest też świadectwem dalekosiężnych wpływów czasów komunistycznych na dzisiejsze życie). Polaków na Białorusi najwięcej jest na Grodzieńszczyźnie i w ogóle na byłych wschodnich terenach Drugiej Rzeczpospolitej i tu się skupiają środki i władza Związku Polaków, choć oddziały odległe często pracują znacznie wydajniej bez większego wsparcia finansowego. Wiąży się z tym dostęp do edukacji, możliwość wyjazdu za granicę i wreszcie - możliwość znalezienia pracy. Poza tym cała struktura organizacji czy też sposób myślenia kierownictwa nie odzwiercidla rzeczywistości większości członków. Polacy na Białorusi nie są ademokratyczni i chamscy jak to wyglądało na zjeździe. Są wyjątkowo bezinteresowni, szalenie aktwyni i z wielkiem zapędem dążą do demokracji. W końcu Związek Polaków jest największą pozarządową organizacją. Została ona jednak zorganizowana na początku lat 90-tych jak służba bezpieczeństwa. Ważnym aspektem jest tu też zmiana pokoleniowa. Do tej pory praktycznie nie uwzględniono, że młodzież polska na Białorusi prócz abecadeł, choreografii tanecznych i chórów narodowych ewentualnie potrzebowałaby jeszcze czegoś innego. Młode pokolenie, często z wykształceniem polskim, które tu powróciło, aby coś robić, nie zostało prawie wcale dopuszczone do głosu podczas zjazdu. A jeżeli, to można było obserwować podobne zjawisko jak w Polsce: młodych polityków naśladujących zachowania swoich ojców. Zamiast się do nich zdystansować i poszukiwać nowych ścieżek, stają się takimi jak ich postsocjalistyczni ojcowie. Nie ma ani buntu ani choćby świeżego głosu.

Idąc na łatwiznę możnaby to wszystko tłumaczyć sytuacją gospodarczą. Młodzi, aby nie zostać na lodzie, muszą się tak samo jak cała reszta bawić w przepychanki o stanowiska i wpływy. Wszystko opisane powyżej odbywa się tak jak wszędzie - pod ogromną presją konkurencji, ciężkiej walki o chleb powszedni.. Ale pozostaje najistotniejsze zadanie znalezienia nowej formuły narodowej. Kim mają być Polacy w zjednoczonej Europie? A kim mają być Polacy na Białorusi? Nie są to wcale tak odległe od siebie pytania.
Na skraju
Przeprowadziłem się niedawno na ulicę Kabjaka.

Jest to ostatnia ulica osiedla Wiśniowiec, według wioski, która jeszcze istnieje tuż za lasem.

Podwórka i klatki schodowe wyglądają jak by ludzie nigdy nie czuli się tutaj w domu. Na weekend wracają do swoich wsi.

























niedziela, 08 maja 2005
Jak czytać Elizę
Wszyscy powinniśmy czytać Orzeszkową. Bo też wszystko u niej jest opisane. Jak uczyć i wychowywać dzieci, jak pomagać sobie nawzajem, jak się cieszyć tym, co się ma, a nawet - jak zawalczyć o coś wiecej. Ale przyznajmy się: wszyscy mamy czasem trudności z lekturą Elizy. I to nie dlatego, że tematy nie są już aktualne lub, że nie super kobieta z niej. Lecz dlatego, iż ? jak wiemy ze szkoły - pozytywizm, to przede wszystkim realizm.

A ta stara Litwa - owe ziemie zabrane, na których mieszkała w XIX stuleciu pisarka demokratka - to raczej region rolniczy. Fascynuje się ona zatem całymi stronicami świetnością przyrody nadniemieńskiej. Może się to oczywiscie komuś podobać, ale większość młodych Polaków - i to nie tylko na Białorusi - nienawidzą Elizę właśnie za te niekończące się opisy kwiatków polnych. I nieraz z tego tylko powodu nie chcą przeczytać żadnej jej powieści, ani nawet noweli. Co się zaś tyczy listów wybranych pisarki, w których takich opisów już brak, czytelnicy - zniechęceni literaturą piękną - po prostu po nie już nie sięgają. Tu, na Białorusi, jest chociaż taki plus, że można się wybrać do Bohatyrowicz, poszukać grobu Jana i Cecylii. Tu, nad Niemnem, można rozpalić ognisko, lub tratwą spłynąć do morza... Za takie radości letnie można Elizie wybaczyć nawet te "kwiatki polne". Pozostaje jednak pytanie - jak ją czytać?

Niedawno bardzo cenną radę usłyszałem z ust polonistki. - Spróbuj - mówiła. - Czytać, omijając wszystkie te opisy. Śledź po prostu inne wątki.

Spróbowałem. I od tamtej pory już nie zasypiam "Nad Niemnem".
sobota, 07 maja 2005
Brygitki Grodzieńskie
Nigdyś ulica Karla Marksa się nazywała ulicą Brygidzką.

Dzwonicę klasztoru rozebrano. Kościół jeszcze stoi. Na nim śliczne aniołki i również niezłe dziabełki.

A obok przejeżdżają chuczne trolleybusy.

























piątek, 06 maja 2005
Kresy
Dawno umarły. Nie ma ich. Pozostał tylko mit.

To jest tak ja z agro-turystyką - w momencie, kiedy sie zaczyna ja uprawiać, wsi już nie ma. Kiedy ludzie stali jeździc na Litwę i na Ukraine, tam już nowe oblicza kapitalizmu zmieniły starówki na deptaki dla tych co posiadają pieniądz.

Tu, na Białoruś nie stali wogóle jeździć.
czwartek, 05 maja 2005
Kluski Pańskie
Świetnie gotuje moja gospodyni Białorusinka. Zresztą najeść się, to święty obowiązek każdego mężczyzny w tym domu. Nie mogę więc narzekać, wręcz przeciwnie - dawno tak dobrze się nie odżywiałem. Pewnego dnia postanowiłem jednak spróbować czegoś zupełnie nowego. W zamrażalniku sklepu państwowego przy ulicy Sowieckiej zobaczyłem kolorowe opakowania "Klusek Pańskich". Uśmiechały się do mnie. Nie wiedziałem, co to za kluski, ale wyglądały na coś autentycznego, fajnego, tutejszego. Wyprodukowane były w Nowogródku - kupiłem więc trzy różne opakowania.

Gospodyni, jak zobaczyła mnie z tymi kluskami popadła w szał. - Po co te kluski przyniosłeś! - krzyczała. - Rozgotują się straszliwie! A poza tym, sami możemy je zlepić. Tylko czasu potrzeba, aby ziemniaki obrać, ugotować i przetrzeć. Szkoda, że czasu zawsze brak.

Ale nic - dała się w końcu namówić, by spróbować jedno opakowanie. No i - normalnie się gotowały kluski. Takie większe kluski z kartofli i mąki zaprawione śmietaną są przecież całkiem smaczne. Choć sądzę, że lepiej je jeść w połączeniu z czymś z mięsa. Gdy te moje "Kluski Pańskie" były już gotowe - stwierdziłem, że tak ogromnej porcji nie zjem. Więc się podzieliłem. Kilka klusek zjadł syn gospodyni. Ona sama zjadła jedną sztukę...

Po chwili poczułem się dziwnie. Położyłem się na chwilę. I gdy tak leżałem - przyszło mi do głowy, iż należałoby wypić trochę wódki, aby żołądek wrócił do normy. Syn gospodyni pomyślał o tym jednak o wiele wcześniej. "Głupi ten cudzoziemiec" - rozumował pewnie. Bowiem wódkę wypił, a ostatki rozcieńczył wodą. Ulgi więc nie doznałem. No to z powrotem do łóżka, poleżeć.

Gospodyni tabletki węgla przyniosła, herbatę ziołową zaparzyła. Nic nie pomogło. Noc spędziłem nad muszlą klozetową i przy tej okazji nauczyłem się nowego zwrotu białoruskiego "mnie rwało". Gdyby jednak na mnie się skończyło - miałbym po prostu dobrą nauczkę: nie kupuj "Klusek Pańskich" w sklepie państwowym. A jednak syn gospodyni w ślad za mną też poleciał do ubikacji. Rano, kiedy już przyszedłem do siebie, odwieźliśmy go do szpitala. Bał się biedactwo, że koniec z nim - tak skurcze żołądkowe go chwytały. Najgorsze jednak było to, że również gospodyni po powrocie z pracy zrobiło się bardzo źle. Choć zjadła tylko jedną sztukę. A przecież niczego poza kluskami wspólnie w tym dniu nie jedliśmy. Przez dwa dni chodziła schorowana.

Na szczęście - wszyscy w końcu ocaleliśmy. Dwa pozostałe opakowania klusek wyrzuciłem osobiście. Dobrze, że wielki Mickiewicz nie wie, jakie "Kluski Pańskie" produkuje się obecnie w jego rodzimym mieście. Bo by się w grobie przewrócił. Od skurczy...
1 ... 6 , 7 , 8