|
Reklama: Inne linki: Partnerze: |
Blog > Komentarze do wpisu
Odyseja pewnego pociągu
Jeszcze na krótko przed niemieckim napadem na Związek Radziecki wywieziono setki Grodnian w stronę Kazachstanu. Świadczą o nim wspomnienia Jana Puchcińskiego, który opisuje dalszy bieg wagonów, które Niemcy zbombardowali tuż pod Baranowiczami. Dziś miasto nad Niemnem prawie zapomniało o podwójności własnej tragedii. Słychać tylko głośny huk postradzieckich rytuałów lub szeptanie pojedynczych grup. Z IV RP wiało patriotyzmem kresowym, ale i on skupiał się na losie tylko części ofiar. Nie ma dziś również żadnej wzmianki o tym, że to nie były ofiary wyłącznie z katolickich rodzin, ale i z żydowskich oraz prawosławnych. Jest zatem propaganda ze wszystkich stron, która głosi, że Grodno walecznym był. Tak, były takie próby podjęte, byli i dzielni harcerzy, syjoniści a nawet komuniści, ale jednak wojna oznaczała dla większości mieszkańców przede wszystkim przyglądanie się mordu jednej połowy mieszkańców przez Niemców oraz wywózkom jednej trzeciej przez Sowietów. Z Grodna „do wyzwolenia“ nawet tysiąca żołnierzy nie było! Politrucy się wycofali na tył frontu, a kto miał iść i walczyć w szeregach niemieckich lub radzieckich? Żydzi? Polacy? Białorusini? Ci którzy zostali po 1944 roku i tak byli podejrzani – jak można było wyżyć pod okupacja? Ale wystarczy już ogólnych rozważań: słuchajmy świadka, który przeżył radziecką wywózkę oraz niemieckie bombardowania. Jego opowieść jest o tym, dlaczego nie ma już tamtego Grodna.
„W nocy 19 czerwca przysyła na nas kolej. Ojca aresztowali w pracy, matkę, siostrę, brata I mnie NKWD wywlokło z domu tylko bagażem ręcznym. Zawieziono nas ciężarówką do transportu zestawionego z bydlęcych wagonów, na nocnicę koło huty szkła za Niemnem. Staliśmy tam część nocy i cały dzień. Potem transport ruszył. Rano byliśmy w Mostach, staliśmy tam pół godziny i pociąg pojechał na Wołkowysk. Dotarliśmy tam o godzinie 9.00 lub 19.00. Na stacji usłyszeliśmy alarm lotniczy. Nadleciały jakieś samoloty. Myśleliśmy, że to zwykłe ćwiczenia; ale nie – samoloty zaczęły bombardować dworzec I pociągi na stacji. Jedna bomba trafiła w tor i wyrwana szyna zablokowała nasz transport. Wiem, że na stacji było sporo ofiar. W naszym transporcie został zabity nasz sąsiad pan Dubikowski i jakaś kobieta.
Gdy zorientowaliśmy się, że to wojna, radość była ogromna i wstąpiła w nas nadzieja. W Wołkowysku staliśmy dość długo, ponieważ nie było komu wyplątać nas z tej sprawy. To nas uratowało. Po paru godzinach ruszyliśmy do Słonimia (tu byliśmy świadkami następnego nalotu), a stąd do Baranowicz, gdzie dotarliśmy wieczorem. Staliśmy przez całą noc między cysternami. Prawie cały czas trwał bombardowanie. Obok wybuchały cysterny, a my siedzieliśmy bezsilnie w zadrutowanych wagonach. O świcie w poniedziałek transport ruszył i szparko rwał na wschód. Pamiętam, że zaczęło wschodzić słońce, oprócz stukotu kół cisza była zupełna. W pewnym momencie nastąpił silny wybuch I pociąg stanął. Ludzie zaczęli uciekać z wagonu. Ja wyskoczyłem do rowu. Zobaczyłem że pociąg stoi w głębokim wykopie. Wydawało mi się, że stamtąd nie wyjdę. Nad głową brzęczą samoloty, nogi mam jak z waty. Jakoś wydostałem się z tego wąwozu i zacząłem uciekać do lasu odległego od torów o 200 – 500 metrów. Kiedy już dobiegłem, rozejrzałem się I zobaczyłem, że za mną wbiegło na otwartą przestrzeń mrowie ludzi. W tym momencie nadleciała następna grupa samolotów i zaczęła strzelać w tłum z broni maszynowej. Transport obrzucono bombami. Wagony zaczęły płonąć, linia kolejowa została zablokowana. Było to 22 kilometry przed Stołpcami. Enkawudziści poszli dalej na piechotę, a my zostaliśmy na polskiej ziemi. Po jakimś czasie odnalazłem moją rodzinę I udaliśmy się do pobliskiej wsi. Kiedy ucichło I samoloty odleciały, wróciliśmy z bratem do wagonów i zdołaliśmy jeszcze uratować przed spaleniem części rzeczy; sąsiedni wagon już obejmowały płomienie. Jak pamiętam z relacji dorosłych, zginęło wtedy około 150 osób, w dwóch wagonach ludzie spłonęli żywcem. Na drugi dzień samoloty wywiadowcze zaczęły się interesować stanem torów. Pod wieczór zjawił się niemiecki szpital polowy, który zajął się rannymi. Część operacji robiono na miejscu, resztę rannych rozwieziono po okolicznych szpitalach. Była również niemiecka kronika filmowa, która filmowała nas – nie doszłych zesłańców. Wiem, że ukazały się też relacje w prasie niemieckiej. Po kilku dniach zorganizowano nam powrót do domu. Wracaliśmy koleją przez Baranowicze, Brześć, Ostrołękę, potem furmankami przez Łomżę i Sokółkę do Grodna. Niemal na całej trasie z Ostrołęki do Grodna, w każdej większej wsi mieszkańcy wywieszali transparenty witające Niemców jako wybawicieli. Wróciliśmy do domu, zastaliśmy tylko gołe ściany. NKWD rozgrabiło cały nasz dobytek. Ojciec już w pierwszym dniu wojny wydostał się z więzienia i wrócił do pustego domu.“ Źródło: Popiński Krzysztof, Kokurin Aleksandr, Gurjanow Aleksander: Drogi śmierci. Ewakuacja więzień sowieckich z Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej w czerwcu i lipcu 1941.Warszawa 1995, strona 40 ff. środa, 13 lutego 2008, ewropa
|