|
Reklama: Inne linki: Partnerze: |
Blog > Komentarze do wpisu
To nie było miasto – to był sam wdzięk
W 1940 roku w wieku dziewięciu lat Jerzy Kszysztoń wraz z matką został zesłany z Grodna do Kazaschstanu. Wspomnienia z tamtych czasów opublikował w 1978 roku w formie powieści pod tytułem „Wielbłąd na stepie“. Fragmenty z wyobrażonej pamięci matki zrozumieć należy przede wszystkim na tle doświadczeń zesłania. Tak jak to we wspomnieniach z dzieciństwa miasto stało się miejscem wymarzonym, swojego rodzaju atlantydą nadniemieńską. Dlatego też warto zwrócić uwagę na „Napis na starym kamieniu“, jakim autor uprzedza swój tekst: „Cokolwiek przeżyłeś w dobrym czy złym – zdejmij pieczęć z pamięci.“
„Makar zaś stał i odbierał walonki jako własnośc kołchozy. Urosła ich cała sterta. Pomagając rozbieganym niewiastom Stach nosił worki z sucharami, gromadzonymi na czarną godzinę, I układał na furnikach. Spori ich było, poslkie panie uanczyŻły się przezorności. Ziuta, Jaśka I Zosia przydźwigały tłumnoki z odzieżą I lśniącą miskę z mosiądzu do smażenia konfitu, aż z Grodna przywiezioną. Miska piękny dawała dźwięk, kiedy w nią puknąć palcem. Na każdymn wozie nagromadziło się co nieco pstrokatych bambetli, ale majętność to była chuda. Tylko Rachela z matką, dostajną Żydówką, zawsze owianą smutkiem, miały trochę kosztownieszych rzeczy, jeszcze nie przejedzonych, ze sklepu furzarskiego, Dominikańska 4. Import futer z największych rynków europejskich I amerykańskich oraz syberyjskich. Było tam parę rzeczy godnych szczerego westchnienia.“*
„A Mariuszek? O, Mariuszek któregoś dnia, gdy miał cztery latka, przepadł jak kamień w wodę … Stefcia służąca, choć poznanianka, dostała spazmów. Szukały go wszędzie, w całym sadzie, w całym domu I pod stołem w jadalni, gdzie lubił zasiadać ukryty za obrusem I zajadać masło z cukrem wykradzione ze spiżarni. Dzieciaka nie było! Boże święty, Cyganie ukradli? Ależ do Grodna od lat Cyganie nie zaglądali. Pobiegły do sadu, przeszperały krzewy malin, bo czasem tam lubił zasypiać. Na jabłonki i wiśnie też nie wlazł. U sąsiadów na Piaskowej ani go widzieli. No, brakuje tylko, żeby wrócił z sadu Frąnek i przekonał się, że nie umiały mu dopolnować synka! Któż mógł wiedzieć, że malec podebrał starszemu bratu tornister i poszedł w Grodno, bo choć nie wiedział, gdzie szkoła, wiedział że z tornistrem zawsze do szkoły trafi. Gdyby wrócił z płaczem, dostałyby takie cięgi, jakie tylko Jaśka potrafiła sprawić.“** „Gdy tak leżała z przymkniętymi oczami, broniąc się przed myślą o kopalni, przypomniały się jej uliczki Grodna, takie swojskie, kamieniczki w żółtawym odcieniu, o siedemnastowiecznych fasadach, kasztany, barokowy kościół farny, schody, po których chodziło się wąwozem nad Niemen obok pałacu Tyzenhauza. Polubiła Grodno od pierwszego wejrzenia, gdy tylko zjechała z Lublina, aby sekretarzować Frankowi. To nie było miasto – to był sam wdzięk. Wybierała się na przechadzkę, omijając najgwarniesą Dominikańską, zachodziła pod dworek Orzeszkowej, nietknięty od czasów jej śmiertelnej choroby, kiedy ludność okładała bruk naręczami słomy, aby przejeżdżające powozy nie zakłócały ostatnich godzin starej pisarki, zaglądała do sędziwego parku, w którego głebi krył się teatr.“ *** * Krzysztoń Jerzy: Wielbłąd na stepie. Warszawa, 1978, str. 10 - 11 ** tamże str. 16 - 17 *** tamże str. 30 niedziela, 18 listopada 2007, ewropa
|