Notatki znad Niemna


Reklama:



Inne linki:



Partnerze:

KRESY
Blog > Komentarze do wpisu
Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością
Z Białegostoku można szybciutko za dwa dolary przejechać do Grodna. Trzeba tylko wiedzieć skąd i jak. No i musi się nazbierać wóz do Kuźnicy. Jedzie się wtedy razem z handlarzami z Jurowieckeij srebnym mercedesem, przewożonym w latach osiedemdziesiątych od dobrego wujka z RFN do biednej rodziny w PRL. W latach dziewięćdziesiątych fury się pozbyto, toteż pędzi dziś z rejestracją białoruską 120 kilometrów na godzinę obok sanktuarium do Kuźnicy.


W taki sposób znalazłem się niedawno w błyskawicznym - jak na tę część Polski i na stan kolei - tempie na przejściu samochodowym w Kuźnicy. Wybrałem pierwszy lepszy mikrobusik. Do Grodna? Niech pan wsiada. Kierowca z siwym wąsem uśmiecha się i upewnia się czy na pewno jestem obcokrajowcem.Bo wtedy łatwiej będzie przewozić towar. Z przodu siedzą dwie starsze panie: Ira Petrowna i Alesja Iwanowna. Pierwsza nie kryje od początku, że miała ojca półkownika KGB, więc na granicy zna wszystkich przystojnych i wysoko postawionych oficerów. A druga tylko smutno się wpatruje w krajobraz. Opowiada, że cała rodzina została rozrzucona po byłym Związku Radzieckim, bo dziadek spod Mińska rzekomo był kulakiem. ? Posiadał aż 10 hektarów ziemi. Z tyłu siedzi para kochanków wracających z wycieczki miłosnej po Mazurach. Ona do swego męża i niemowlęcia a on do pracowni malarskiej, bo jak ona tłumaczy, to malarstwo nie jest rzeźbiarstwem. Oficjalnie byli na plenerze rzeźbiarskim, niestety się spóźnili na pociąg, więc mąż już czeka za granicą od kilku godzin.

Na kierowcę wszyscy mówią Iwanowicz. Widocznie się zna na biznesie granicznym, bo namiętnie opowiada o tym, gdzie, kiedy i jak kolejka się przesuwa. Nie bacząc na jego nosa mamy pecha. Akurat trafiliśmy na zmianę, co oznacza, że całą godzinę w ogóle nic się nie dzieje. Ira Petrowna jest oburzona. Ale to najwyraźniej u niej stan naturalny. Krzyczy, że ci Białorusini, to podły naród, prostacki, chamski i nieedukowany. To dlatego kolejka się nie przesuwa. Alesja Iwanowna, sama Białorusinka, uspokaja ją. Są starymi przyjaciółkami jeszcze z lat, kiedy razem mieszkały w jednym domu. Poza tym protestu ze strony białoruskiej nie słychać. To już taki los u tego narodu. Ira Petrowna kontynuuje wątek. Iwanowicz zamiast reagować rzuca jeden ze swoich dyżurnych żartów i znów panuje spokój na pokładzie Forda Transit. Aż do momentu, kiedy pytam o sytuację w Grodnie. Z tyłu usłyszę tylko: lepiej nie pytać, jesteśmy w stanie nieodpowiedzialnym. Irze Petrownej natomiast nie brakuje energii, aby stanowczo stwierdzić: a jaka może być sytuacja. Przecież byśmy nie jeździli tak na codzień, jeśli by było normanie. Za Breżniewa, to było życie, ale teraz? To nawet nie jest przetrwanie, to jest wegetowanie, walka z każdym dniem. Takim tonem ona potrafi małą wieczność przemawiać.

W międzyczasie dogaduje się z Iwanowiczem. Za notebooka potrzebuję deklerację wypełnić, aby go później wywozić bez cła. Nie ma problemu. Uśmiecha się. I już zrobione. Kiedy więc po polskiej w końcu podjeżdżamy do kontroli białoruskiej, macha papierkiem i mówi: mamy do zadeklarowania cudoziemca i jego notebook. A prócz tego jedziemy na piknik rodzinny, dlatego mamy przy sobie sporo kiełbasy, kilka namiotów i trochę laczków jednorazowych. No to się spojrzał celnik na busik z parą kochanków, starszymi paniami oraz ze mną i stwierdzi, że obowiązkowo trzeba rozładować cały towar oraz wszystkim wypisać deklarację. I tu się ukazuje, że Iwanowicz wział na każdą osobę: pięć kilo kiełbasy, siedem namiotów ze stelażem stalowym, dwadzieścia par laczek pod prysznic, trzy pary spodni męskich, trzy żeńskich, cztery dziecięcych plus sporo cukierków, pierników i herbatników, które Iwanowicz wyciąga z miejsc najbardziej nieoczekiwanych. Kto by pomyślał, że aż tyle wchodzi do takiego Transitu.

Kochanka płacze, bo dziecko już tak długo czeka, no i mąż kolejną godzinę za granicą stoi. Ira Petrowna krzyczy: oj ten Iwanowicz to robił nas w konia, jak ja bym wcześniej wiedziała, to bym dzwoniła na granicę, przecież tu pracują koledzy mego syna. Ale tak, to teraz nikt ze znajomych nie ma dyżuru. Cóż z tego Iwanowicza za hochsztapler! Jej koleżanka udaje, że nie przeżywa sytuacji. Ja udaję że się wstydzę, iż to wszystko przez mego notebooka. Iwanowicz upewnia, że nic takiego. Jest blady i cichszy niż przedtem. Kiedy po dwóch godzinach przepakowywania nareszcie dostajemy przepustkę, jest już ciemno. Mąż doczekał się, odwiezie też "kuzyna" z pleneru.

Po odejściu pary miłosnej już się zaczyna rozbierucha: analizują naszą furę. Iwanowicz z góry przyznaje, że się zbytnio rozluźnił. Nie wolno się rozluźniać. To jednak sprawa poważna. Podczas gdy Ira Petrowna zaczyna wyjaśniać swoje racje krzykliwym: "Gdybym ja bym o tym wiedziała wcześniej", Iwanowicz skręca z szosy do pierwszej wioski. Tam już czekają na kiełbasę. Młodzi handlarze tymczasem piją piwo. Następny wóz z towarem tuż za nami. W drodze do miasta, kiedy grzechy tego dnia, już wszyscy sobie nawzajem powybaczali, nagle każdy po kolei zaczyna opowiadać o sobie. Iwanowicz służył w Afganistanie, pamięta też dobrze Irak. Jego syn urodził się w Czechosłowacji. Ira Petrowna mówi o tym, jak to było kiedy jeszcze była księżniczką, córką półkownika: złote zęby wstawiali za darmo i nie było kolejek w szpitalach. A Alesja Iwanowna opowiada o mężu, był ratownikiem w Czernobylu, zaraz po awarii. Powiedzieli mu, że potem wódką popić i będzie dobrze. Zmarł sześć lat później, nie skończył wtedy pięćdziesiątki - tak jak jego koledzy.

Wszystkie te domki to pieniądze z granicy, tłumaczy Iwanowicz pokazując na nieotynkowane trzypiętrowe budynki przypominające zamki średniowieczne w postradzieckim wydaniu. Nikt dziś w Grodnie może żyć normalnie bez niej. Chyba że jest się biurokratą lub w Armii. A ja już dawno nie jestem w armii, dodaje. Ira Petrowna zastrzega: ale ja nie jadę za pięniędzmi, ja po prostu na zakupy się wybieram, bo u nas wszystko droższe. My to z takiego wyjazdu mamy na rękę cztery dolary i cały dzień z głowy. Wjeżdżając do Grodna Iwanowicz po kolei rozrzuca towar: w jakiś domek jednorodzinny namioty. Laczki do bloku. A dżinsy na podwórko w starym mieście. Tam już czekają handlarze bazarowi. Na koniec odwozimy Irę Petrowną i Alesję Iwanowną, dostają po dwa dolary na rękę za przetrwanie wycieczki i przepisanie na nich towaru.

Jak tylko wyszły Iwanowicz wzdycha: Kurwa mać, co za chora kobieta. Chyba nie jest głupia, ale mądra też nie jest. Że tak jej odbiło po tym, że już nie jest księżniczką, to ja mogę sobie wyobrazić, ale nieznośna jest ta jej psychika. Wiesz, z takimi lepiej w ogóle się nie kontaktować. Nauczyłem się w armii jednej rzeczy: cicho siedzieć i myśleć swoje. Ja nie krzyczę na nikogo. Co dziś należy zrobić na Białorusi, to my nie wyjaśnimy na drodze z Kuźnicy do Grodna, to poważna sprawa. A więc należy ją przemilczeć. No cóż, i tak dziękuję. Jak będziesz chciał jechać w tamtą stronę, to zadzwoń, to ja wcześniej załatwię miejsce w kolejce, proponuje na pożegnanie. Odwozi mnie jeszcze pod dom. Tak więc dojechałem za dwa dolary z Białegostoku do Grodna wciągu sześciu godzin. Jak na 80 kilometrów i granicę Unii Europejskiej całkiem nieźle.

Nazwiska i imiona zostały zmienione.

niedziela, 27 listopada 2005, ewropa

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: , 80.48.240.*
2005/12/15 12:00:58
tisze jedziesz, dalsze budziesz...
bardzo ciekawy blog
pozdrawiam
juras
-
Gość: , 80.48.240.*
2005/12/15 12:01:15
tisze jedziesz, dalsze budziesz...
bardzo ciekawy blog
pozdrawiam
juras
-
Gość: ja czital, 80.54.239.*
2007/06/24 11:14:40
dadnmm,,,......
-
Gość: ja czital, 80.54.239.*
2007/06/24 11:16:05
dadnmm,,,......